Podróż z niemowlakiem – jak przetrwać długą podróż z niemowlakiem i przy tym nie zwariować?

To nie była nasza pierwsza podróż z naszym dzieckiem. Ale zdecydowanie pierwsza najdłuższa, bo 7 godzin w jedną stronę. Tak siedem dłuuugich godzin dla niej i dla nas. Dotąd podróże samochodem nie były emocjonujące jak ta. Nie wiem jak Wy, ale dla mnie wyjazd z dzieckiem to wyzwanie i czasem stres. Zawsze jak wyjadę z domu, to zastanawiam się czy zabrałam wszystko potrzebne dla dziecka.

Ten wyjazd na Mazury nie planowałam specjalnie. Dzień przed zrobiłam na szybko listę niezbędnych rzeczy. Doszłam do wniosku, że wielu z nich nie potrzebuję. Z kilku zabawek wybrałam te, które na prawdę przydadzą się i przede wszystkim moje dziecko jest zainteresowane. Co do ubrań, nie muszę mówić, że prognoza pogody jest dobrą wróżką – warto mieć kilka „egzemplarzy”, ale bez przesady.

No do dobrze, ale przejdzmy do samej podróży samochodem, bo o tym jest ten wpis. Wyruszyliśmy przed pierwszą drzemką naszego szkraba, która trwała ok. 3 godzin. Wtedy podróż przez autostradę była sielanką. Spokój i brak jakichkolwiek podejrzeń na to co nas czeka. Gdy minęliśmy Warszawę zrobiliśmy pierwszy postój, wiadomo karmienie, przewinięcie, zabawa (czyli wolność bez fotelika, bo ile można w nim siedzieć). To była długa przerwa. Tak myśleliśmy. Niestety zaraz po zapięciu w fotelik był krzyk i protest. Chcąc nie chcąc musieliśmy zrobić postój. Po jakimś czasie udało się ruszyć z uspokojonym dzieckiem. I uwierzcie mi zabawy w „akuku” też mogą się maluszkowi znudzić. Torba z potrzebnymi zabawkami pod ręką, ale one też się po jakimś czasie nudzą. Kolejna przerwa równie długa jak pierwsza, bo musi być spacer. Trzeba przyznać, że droga na mazury dla kierowcy nie należy do najlepszych, ale za to do pięknych dla pasażerów. Natura jest piękna. Zieleń i jeziora – było na co popatrzeć. Dziecko raczej mniej się zachwycało, ale przynajmniej było gdzie się zatrzymać. Czytanie bajek, a nawet płyta z piosenkami Brzechwy nie pomagała. Po jakimś czasie dopadł nas sen – misia chyba padła od tych protestów, a ja z wymyślania czym by ją jeszcze zająć. Koniec końców dotarcie do celu było najszczęśliwszym momentem tego dnia. Bo przecież fajnie jest poraczkować po podłodze, zwłaszcza gdy jest się w nowym miejscu.

Powrót okazał się prostszy z tego względu, że wyruszyliśmy jeszcze długo przed drzemką – nasze dziecko było spokojniejsze, a potem po prostu zasnęło. Po drzemce nie było afer, a przerwy robiliśmy częste, a krótsze. Podeszliśmy do powrotu inaczej, nie goni nas czas, musimy dostosować się do dziecka. Wszystko wydaje się takie oczywiste, ale nie jest takie proste.

Jeśli macie jakieś pomysły jak przetrwać długą podróż samochodem z niemowlakiem, to podzielcie się ze mną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *